Jak wygląda anglistyka i czy warto ją studiować?

W związku z niedawno opublikowaną przeze mnie recenzją repetytorium maturalnego otrzymałem od Was sporo pytań odnośnie anglistyki; jak wyglądają studia językowe i czy w ogóle warto studiować filologię angielską. Jako że część z Was już zaczęła lub wkrótce zacznie myśleć o wyborze odpowiednich dla siebie studiów, postanowiłem odpowiedzieć na te i inne pytania oraz podzielić się moimi doświadczeniami, bo faktycznie wiele osób nie wie, jak wyglądają studia filologiczne. Jest to w końcu zrozumiałe. Ja nie studiowałem medycyny czy prawa, więc trudno, bym się wypowiadał w temacie, o którym nie mam zielonego pojęcia. Nie jestem w końcu politykiem.

Uczelnie prawdopodobnie będą się różnić sposobem realizacji programu czy podejściem do niektórych przedmiotów (a niekiedy nawet i nazewnictwem), więc podkreślam, że niniejszy opis dotyczy mojej przygody na Akademii Polonijnej w Częstochowie, gdzie miałem przyjemność dziennie studiować filologię angielską na specjalności tłumaczeniowej.

Dla kogo są studia filologiczne?

Żeby w ogóle pomyśleć, czy będzie się w stanie na takich studiach utrzymać, już na wstępie trzeba wykazywać się porządną znajomością języka na poziomie co najmniej B2. Owszem, aktualnie w ofercie niektórych uczelni można spotkać studia językowe od podstaw z wakacyjnymi kursami przygotowującymi. Jakoś tego nie widzę, no ale już jakiś czas temu strzaskała mi się moja ostatnia szklana kula, więc mam prawo nie widzieć, nie wiedzieć, nie wierzyć.

Jeśli Wasz poziom jest porównywalny i naprawdę czujecie, że to jest to, co chcecie robić, idźcie w tym kierunku. Jeśli natomiast to tylko Wasze wyjście awaryjne na wypadek niedostania się na, dajmy na to, psychologię czy prawo, warto jeszcze pomyśleć. Dlaczego? Zważywszy na poniższe.

Jak wygląda nauka na anglistyce i jakie są przedmioty?

Wszystkie wykłady i ćwiczenia od pierwszych zajęć prowadzone są w języku obcym i to przez osoby wykształcone, z dużym doświadczeniem i ogromną wiedzą. Część z nich to obcokrajowcy mieszkający w Polsce, a część goście zagranicznych uczelni, którzy wykładają sezonowo i nie znają języka polskiego. Językiem obcym zaczyna się więc żyć, oddychać i wydalać. Rather lovely, innit?

Sama fonetyka i fonologia trwała półtora roku i była podzielona na wykłady oraz ćwiczenia. Uczyliśmy się nie tylko poprawnie mówić, ale i nabywaliśmy wiedzę teoretyczną, z której cały czas się korzysta, żeby rozumieć innych. Powodów, dla których nauczanie języka angielskiego w szkołach publicznych jest nieskuteczne, jest wiele, ale jednym z nich jest brak ćwiczeń z wymowy. Dlaczego? W odróżnieniu od języka polskiego język angielski nie jest językiem fonetycznym, co oznacza, że nie czyta się tego, co się pisze, a relacja między ortografią a wymową jest daleka od doskonałej. Można więc zeżreć cały słownik i pochłonąć dwa tysiące stron gramatyki Quirka, ale być kompletnie bezradnym w kontakcie z żywym człowiekiem i językiem mówionym, jeśli zaniedbało się wymowę.

No właśnie, gramatyka. Na filologii jest jej kilka rodzajów, a mianowicie gramatyka porównawcza, opisowa, preskryptywna. Wszystkie te przedmioty również były rozbite na wykłady i ćwiczenia, trwające kolejne 2,5 roku. Gramatyka porównawcza miała na celu pokazać różnice między gramatyką języka polskiego oraz angielskiego. Gramatyka preskryptywna mówi, jakie formy są poprawne, a opisowa ukazuje rozbieżności między tym, co w książkach, a tym, co wśród ludzi. Po co to wszystko? Ano po to, by ze struktur gramatycznych korzystać instynktownie i nie zastanawiać się nad czasem, stroną czy trybem. Gramatykę trzeba zrozumieć, gramatyki nie można wyuczyć się na pamięć i to kolejny minus jeśli chodzi o szkolnictwo obowiązkowe, gdzie uczy się rozwiązywać zadania pod klucz i za pomocą gotowych zdań. Bezmyślność to nie to samo co instynkt. Poznanie gramatyki języka obcego polega przede wszystkim na nauce innego myślenia, a nie na klepaniu utartych formułek, które dlatego są nieskuteczne w prawdziwych sytuacjach poza klasą, bo życie nie idzie według scenariusza, który wystarczy spamiętać. To nie teatr! Wagi tych zajęć nie muszę więc chyba podkreślać, ale jeśli nie jesteście przekonani, więcej znajdziecie w tekście Mity o nauce języka obcego oraz Jak nie uczyć się języka obcego. Miałem też zajęcia z historii języka z gramatyką historyczną, będące swoistą wisienką na lingwistycznym torcie, na których dowiedziałem się, jaką drogę przeszedł język angielski i dlaczego wygląda oraz brzmi dzisiaj tak, a nie inaczej. Wbrew obiegowej opinii tego typu przedmiot nie jest zapchajdziurą, bo pomaga zrozumieć to, co wiele osób (a konkretnie osób niebędących filologami) uważa dzisiaj za wyjątki i z czym mają problem. Osobowy o mocnych nerwach mogą liznąć tematu, czytając artykuł Jak język angielski wyglądał tysiąc lat temu?.

Prowadzone były też kilkuletnie ćwiczenia z semantyki, leksyki, ortografii, socjolingwistyki, redakcji, korekty czy językoznawstwa. W skrócie: pracowaliśmy nad wszystkimi umiejętnościami językowymi: czytaniem, słuchaniem, pisaniem i mówieniem. Miałem nawet pominąć najnudniejsze na świecie laboratoria, ale też były, więc wymieniam, bo to kolejne 2 lata szlifowania języka. Nudne jak flaki z olejem, pasywno-agresywne, ale jednak. Wszystko było okraszone zajęciami z historii i kultury Wielkiej Brytanii, ponieważ nie ma nauki języka w oderwaniu od kultury kraju, w którym jest on używany, a także literatury oraz historii literatury brytyjskiej, podczas których czytaliśmy i interpretowaliśmy klasyczne i mniej klasyczne dzieła oraz utwory pisane nie tylko w języku angielskim nowożytnym, ale i średnio- oraz staroangielskim. Trochę żałuję, że się do nich bardziej nie przykładałem, ale naiwnie liczę, że może kiedyś odkurzę swoje notatki.

Wymienione przedmioty były dla wszystkich, ale mieliśmy i przedmioty realizowane zgodnie z daną specjalnością. U mnie królowały tłumaczenia i nie był to tylko jeden przedmiot; była to harówka rozdzielona na tłumaczenia pisemne, ustne, kabinowe, à vista (wzrokowo-ustne), ogólne i specjalistyczne, które zaczęły się na drugim roku i trwały do końca studiów. Jeśli ktoś ma słabe nerwy, kiepską pamięć, problemy z koncentracją lub zwieraczami czy też nie lubi ani pracy z ludźmi, ani ciszy samotności przerywanej szelestem kartek słowników, powinien rozważyć inna specjalność. Ja jestem maniakiem, więc nie jestem obiektywny; nie słuchajcie, co mówię – polecam wszystkim tę niewątpliwie fascynującą przygodę!

Wszystko to miało miejsce wewnątrz uczelnianych murów, aczkolwiek ja skorzystałem jeszcze z programu Erasmus, dzięki któremu miałem okazję przez rok studiować w Wielkiej Brytanii. Przyznam, że gdybym to ja był jakimś supeministrem ds. szkolnictwa wyższego, minimum semestr w kraju z interesującego nas obszaru językowego ustanowiłbym integralną częścią każdej filologii. Po drodze czekała studentów jeszcze certyfikacja w Londyńskiej Izbie Przemysłowo-Handlowej oraz obowiązkowe praktyki w wymiarze 450 godzin. Zwróćcie uwagę, że w ogóle pominąłem przedmioty niekierunkowe typu łacina, prawo czy filozofia (w sumie było ich niewiele i nie były związane z językiem angielskim).

Czy studia językowe to nauka teoretyczna?

Częstym błędem w odniesieniu do studiów językowych jest myślenie, że na filologii uczymy się języka od strony teoretycznej; języka książkowego, pięknego, literackiego, którym nikt poza filologami się nie posługuje. Zgadza się, że uczymy się teorii, ale tak właśnie uczą się dorośli i to na teorii buduje się praktykę. Na każdych studiach uczy się mówić poprawnie i żargonem, co nie sprawia, że zapomina się mówić inaczej. Poza tym nie należy mylić poprawności z formalnością. Poprawność to nie tylko kwestia wykształcenia, ale i kultury, a nauka poprawności to także nauka o błędach.

Innym mitem o filologii jest założenie, że jest to rozciągnięty do granic możliwości kurs językowy i co studenci robią w pięć lat można zrobić w rok. Otóż nie można. Jak już napisałem, dany język jest językiem wykładów i ćwiczeń, ale nie tylko samego języka się uczymy. Jest to ciężka praca, która wymaga poświęceń i żywego zainteresowania tematem. Trudno mi wyobrazić sobie ukończenie filologii bez pasji, bo wiem, ile osób u mnie zaczęło studia (około 300) z braku innego pomysłu na siebie lub „bo rodzice chcieli”, a ile faktycznie skończyło (parędziesiąt). Poza tym nauka nie kończy się z dniem obrony, bo język to twór żywy i trzeba być na bieżąco, by być w stanie go swobodnie używać i brzmieć naturalnie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że to chyba właściwe wszystkim kierunkom, a nie tylko filologii.

Jeśli więc ktoś rozważa studia językowe z braku innego pomysłu na siebie i myśli, że sobie pochodzi na luźne zajęcia, na których coś tam powie (lub i nie) i z łatwością prześlizgnie się do dyplomu bez specjalnego wysiłku, to radzę się jeszcze raz zastanowić, bo się można zdziwić. Zresztą nawet jak się na trójczynach ukończy te studia, to miejcie na uwadze praktyczny charakter nabywanych umiejętności. Pewnie, że nikogo oceny później nie obchodzą, ale akurat w tej dziedzinie dyplom niepoparty konkretną wiedzą jest bezwartościowy. Na szczęście umiejętności językowe (lub ich brak) można bardzo łatwo sprawdzić podczas kilkuminutowej rozmowy o pracę. Jeśli jednak ktoś naprawdę chce się uczyć, poznawać różne aspekty języka i kultury danego kraju, then by all means, pursue your dreams, follow your heart’s desires.

Studia językowe mają jeszcze jedną ogromną zaletę, a mianowicie łatwo połączyć je z dowolnymi innymi studiami, otwierając sobie drogę na zagraniczne rynki pracy. Jak być może wiecie, jestem też magistrem psychologii ze specjalnością kliniczną. Moim ulubionym rodzajem tekstów do tłumaczenia są specjalistyczne z szeroko pojętej psychologii, psychoterapii czy psychiatrii, mógłbym też pracować jako psycholog posługujący się językiem angielskim, bo posiadłem zaplecze językowe i merytoryczne.

Nigdy nie żałowałem wyboru studiów i mogę spokojnie powiedzieć, że decyzja podjęta te… no, niedawno była jedną z najlepszych w moim życiu. Co więcej, ucząc się powoli języka francuskiego wiem, że w przyszłości będę studiował romanistykę. Nie teraz, nie od października, może nawet nie za rok, ale kiedyś na pewno. Pasja do tego, czym się zajmujemy, z jednej strony bardzo wszystko ułatwia, bo przykry obowiązek zmienia się w fantastyczną przygodę, a z drugiej zmusza do ciągłego rozwoju. Kto wie, może i po drodze wrócę do rozpoczętej germanistykę? Nah… but maybe… don’t think so… but still…

15 comments on “Jak wygląda anglistyka i czy warto ją studiować?
  1. Jestem niemal przekonany, że chce studiować Filologię – co prawda nie angielską ale rosyjską ale filologie :D . zdaje sobie sprawę z „powagi” takich studiów i jestem przygotowany na cieżką pracę. Ale z tymi studiami jest tak jak ze wszystkim – jeżeli ktoś naprawdę chce to robić i uczciwie się do tego przykłada to mu to wyjdzie. Nie rozumiem ludzi, którzy studiują, że studiować. bez pomysłu na siebie daleko się nie zajdzie – to znaczy gdzieś się zajdzie ale najprawdopodobniej będziemy wtedy sfrustrowani. Wierzę że studia filologiczne pomogą mi „w życiu” i nie bede żałował tej decyzji :D Pozdrawiam :D

  2. Wszystkie filologie wyglądają podobnie, ale filologia angielska jest chyba tą nietypową – bo z jednej strony każdy niby zna angielski, ale jak przychodzi co do czego to okazuje się, że ten język to niezgłębiona kopalnia gramatyki i leksyki. Kiedyś myślałam o filologii angielskiej, ale skończyłam na politologii :). Ale znam osoby z filologii angielskiej z Krakowa. Może kiedyś…zaocznie. Dzięki za artykuł!

  3. „w ofercie niektórych uczelni można spotkać studia językowe od podstaw z wakacyjnymi kursami przygotowującymi. Jakoś tego nie widzę”

    Zgadzam się w stu procentach – myślę, że łatwiej już uwierzyć w sens rocznych kursów przygotowawczych, ale przy obecnym niżu demograficznym wiele uczelni zawiesiło poprzeczkę wyjątkowo nisko.

    „Częstym błędem w odniesieniu do studiów językowych jest myślenie, że na filologii uczymy się języka od strony teoretycznej; języka książkowego, pięknego, literackiego, którym nikt poza filologami się nie posługuje.”

    Prawda, choć przynajmniej do niedawna były jeszcze w Polsce uniwersytety, które mocno stawiały na teorię, język literacki i podejście typowe dla znanej osobom na specjalizacji nauczycielskiej metody gramatyczno-translacyjnej.

    • Metoda gramatyczno-tłumaczeniowa ma swoje zalety, sam z niej korzystam podczas nauki. Biorę to, co z niej najlepsze, i łączę z tym, co najlepsze z metod kognitywnej oraz konwersacyjnej. W nauce stosowanie jednej metody jest zwykle nieuzasadnione (choć zdarza się, że jednak jest pożądane).

  4. Uczelnie się języków przynosi bardzo dużą korzyść, a studia anglistyczne dają możliwość poznania języka z każdej strony. Swoją droga, bardzo ciekawy wpis :)

  5. Ciekawy artykuł, ciekawe odpowiedzi. Podzielę się kilkoma refleksjami, nie wiem czy trafnymi, ale moimi…

    Ja zaliczyłem rok filologii i wyjechałem za ocean. Tam mieszkałem 20 lat, niedawno wróciłem.

    Tak, jeśli się człowiek zaczyna uczyć języka później niż 10 rok życia i do tego nie w kraju, gdzie się tego języka używa powszechnie, to przydaje się bardzo ta teoria: fonetyka, składnia itd. W przeciwnym razie się używa „natywnych” nawyków do wyuczonych słówek… i to nie działa. Sądzę, że jeśli ktoś nie zamierza wyjechać i spędzić trochę czasu w anglojęzycznym kraju, to ma znikome szanse na opanowanie języka i taka anglistyka to pewnie najlepszy pomysł by mu/jej to umożliwić lub do tego celu przybliżyć.

    Jeśli chodzi o rynek pracy, to mnie się ogólnie wydaje, że ponieważ świat się globalizuje tak szybko i angielski jest taaaki ważny, to każdy Polak, przynajmniej jak największa liczba, powinna ten język opanować, takim sposobem jak to możliwe. Jeśli ktoś nie zamierza spędzić minimum roku w anglojęzycznym kraju i być w sytuacji, gdzie MUSI się tym językiem posługiwać by przetrwać, to myślę, że anglistyka, to świetny pomysł. Coś bardziej rynkowego można sobie dorobić na II stopniu, podyplomówce itd. Człowiek całe życie się uczy. A podstawy jakie daje anglistyka, moim zdaniem, w ciągu najbliższych dekad przydadzą się każdemu, bez względu na trajektorię kariery.

    Pozdrawiam. :-)

    • Ktoś, kto potrzebuje języka do pracy, a jest np. lekarzem czy spawaczem, nie pójdzie na anglistykę, bo to się mija z celem – studia językowe to nie kurs językowy. Jeśli jednak ktoś chce studiować język obcy zagranicą, to i tak będzie się uczył fonetyki, składni i innych tego typu zagadnień, bo właśnie na tym polegają te studia, a ta wiedza – może wbrew pozorom – bardzo się przydaje. :)

      • Szanowny Autorze, dziękuję za odpowiedź. :-)

        1. Miałem wrażenie, że artykuł jest skierowany bardziej do osób, które zawodu jeszcze NIE mają, a nie do już wykwalifikowanych spawaczy czy lekarzy.

        2. Sam znam kilka osób po anglistyce na całkiem fajnych etacikach w korpo tylko dzięki temu, że się dogadują. Więc opcje dyplomowanego „anglisty” nie ograniczają się do nauczania i tłumaczenia.

        3. Boimy się Ruskich. Mamy różne nieprzyjemne przejścia historyczne z Niemcami. Tak samo jak oni z Francją czy starożytnym Rzymem, Francuzi z Anglikami, Włosi z Austryjakami i tak w nieskończoność. Od stuleci nacje Europy się nawzajem tłukły i gnębiły. Reszta świata podobnie. Jedną z przyczyn mógł być brak wspólnego języka. Sądzę, że taka ogólnoświatowa jedność i integracja jest bardziej prawdopodobna gdy wszyscy tak samo „gęgają”. Dlatego też zależy mi na tym, by jak najwięcej Polaków, jak najszybciej opanowało światowy język. Sądzę, że ograniczanie kwestii tylko do tego „czy mi to pomoże znaleźć pracę wciągu najbliższych 3-5 lat” jest krótkowzroczne. A co za 10, 20, 30 lat? Jak sobie będziemy radzić z bezpieczeństwem, postępującą techniką czy gospodarczo, jeśli nie będziemy się w stanie ze światem dogadać?

        Anglistyka na pewno nie jest dla wszystkich, ale moim zdaniem, im więcej tym lepiej.

        Pozdrawiam :-)

  6. Ja również obawiam się braku pracy. Mój kolega który skończył ten kierunek musiał naprawdę długo szukać pierwszych zleceń, a konkurencja rośnie z każdym dniem.

  7. Planuję od października pójść na filologię angielską, z pasji, nie wyobrażam sobie studiowania czegoś innego. Myślę o specjalizacji translatorycznej.
    Ale mam pytanie: jak wygląda sytuacja na rynku pracy? Czy po tych studiach mam szansę na dostanie dobrej pracy?
    Z góry dziękuję, pozdrawiam

    • Sytuacja na rynku jest, niestety, niewesoła pod tym względem, że psują ją nieprofesjonaliści. To, że biuro tłumaczeń w procesie rekrutacji żąda bezpłatnej próbki tłumaczenia, jeszcze zrozumiem, ale niekiedy i klienci indywidualni się ich domagają – jakby mieli jakieś podstawy do weryfikacji poprawności tłumaczenia.

      Aktualnie nie współpracuję z żadnym biurem tłumaczeń, bo mi przestały odpowiadać oferowane stawki, ale na szczęście nie narzekam na brak pracy, choć wszystkich zleceń jak leci nie przyjmuję, oczywiście, bo nie na wszystkim się znam. Wiem jednak, że wiele osób wybierze tańsze usługi u np. studenta czy niefilologa, bo dla nich liczy się tylko cena, a nie jakość. Jeśli jednak kogoś nie interesuje, skąd różnica typu 10 lub 40 złotych za stronę rozliczeniową, to ja zostawię to bez komentarza. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>