Mity o nauce języka obcego

If it can be destroyed by the truth, it deserves to be destroyed by the truth.

Carl Sagan

Czy zdarzyło się Wam, że pomimo podjęcia wielu prób nauki języka obcego skończyliście w punkcie wyjścia z poczuciem bezsilności i świadomością, że coś jest nie tak, straciliście czas, a cały Wasz trud poszedł na marne? Przy założeniu, że wszystko w porządku z nastawieniem i motywacją osoby uczącej się, bardzo często okazuje się, że winne są błędne przekonania względem nauki oraz wiara w mity dotyczące języka obcego. Mity te przeszkadzają i zniechęcają do rozwoju, więc dzisiaj postanowiłem rozprawić się z tymi, z którymi najczęściej konfrontuję swoich uczniów nie tylko jako anglista, praktyk i teoretyk, ale i psycholog ze specjalnością kliniczną, który posiada gruntowną wiedzę o procesach nauczania i uczenia się. Sam się zresztą ciągle uczę, więc problemy moich uczniów są mi bliskie.

Porażka wynika z braku talentu do języków.

Brzmi niby sensownie, ale nie jest niczym poparte, bowiem zdolność do opanowania dowolnego języka to zagwarantowana genetycznie (czyli po prostu wrodzona) cecha każdego człowieka. Jeden język już znacie i choć bez dwóch zdań dzieci uczą się inaczej niż dorośli, macie niezbity dowód, że byliście w stanie się go nauczyć.

Język angielski jest bardzo trudnym językiem.

Można znaleźć różne dziwaczne podziały języków ze względu na rzekomą trudność, a następnie robić sobie rankingi, z których wynika, że język polski jest w czołówce najtrudniejszych języków świata. Tylko po co i jak to się ma do nauki innego języka? Co ma wspólnego to, że w języku angielskim jest 14 czasów, a w polskim 18 koniugacji czasownika? A jak się do tego ma to, że język angielski i niemiecki są blisko spokrewnionymi językami z tej samej grupy językowej języków germańskich? Jakie to ma przełożenie na ich kształt, słowotwórstwo, gramatykę, wymowę? Gdzie tu wspólny mianownik pozwalający na skuteczny podział? Każdy język zawiera elementy prostsze i trudniejsze i dla jednego prostsze w obsłudze będą języki izolujące (jak angielski), a dla drugiego fleksyjne (jak polski), przy czym ja akurat tutaj wybrałem sobie tak zwane kryterium morfologiczne strukturalnego podziału języków, a jest jeszcze kryterium syntaktyczne i fonologiczno-fonetyczne. Tylko co z tego? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc zamiast siedzieć z obrażoną miną, trzeba wstać i zacząć się uczyć, bo nic się samo nie nauczy. Kluczem jest nastawienie. Jeśli naprawdę chcecie się nauczyć, to się nauczycie, a jak nie to nie. Ciekawostka dnia: niektórzy teoretycy mówią, że czasów jest 16, a inni, że 2. Co niezwykłe, argumentacja każdej strony ma sens.

W pewnym wieku jest za późno na naukę języków.

Z wiekiem układ nerwowy człowieka staje się mniej plastyczny, to fakt, ale właśnie stałe uczenie się pozwala utrzymać nasz mózg (a więc i umysł) w dobrej kondycji. Czy wiecie, na czym polega mnóstwo zajęć terapii zajęciowej na oddziałach psychiatrycznych oraz neurologicznych? Na nauce i aktywizacji! Nikt niczego za nikogo nie robi i uczymy pacjentów wszystkiego w zależności od ich zaburzeń i możliwości. Tak samo jest z językiem: trzeba mierzyć siły na zamiary, a nie szukać sobie wymówki pod postacią wieku. Każdy moment jest równie dobry do rozpoczęcia nauki i należy pamiętać, że każdy zaczynał kiedyś od zera i nikt, ani jedna osoba nie urodziła się z certyfikatem językowym czy dyplomem magistra filologii w dłoni. Chyba że w ginekologii coś się zmieniło ostatnimi czasy…

Języka obcego można się szybko nauczyć.

Czas potrzebny na opanowanie języka zależy od tego, ile uczeń poświęci na naukę, ale cudotwórcami nie jesteśmy i jeśli ktoś poświęca na naukę tylko godzinę w tygodniu, nie można oczekiwać, że szybko zacznie mówić, o płynnym posługiwaniu się językiem obcym nie wspominając. Kiedyś zresztą już poruszałem tę kwestię, odpowiadając na pytanie o to, czy da się nauczyć języka w 10 dni, więc jeśli Wasz własny rozum nic Wam nie podpowiada, zapoznajcie się z lekturą. Nauka języka to ewolucja, nie rewolucja.

Wystarczą tylko podstawowe czasy, by się porozumiewać.

Nobla i buziaczka w pysiaczka temu, kto mi powie i rzetelnie, logicznie uzasadni czymże są te tajemnicze podstawowe czasy w języku angielskim, bo ja posiadając magisterium z filologii angielskiej nie mam pojęcia. Idąc dalej tym tropem, o jakim trybie mowa? Oznajmującym? Przypuszczającym? Łączącym? O jakiej stronie? Czynnej? Biernej? Zwrotnej? Każda konstrukcja jest potrzebna do tego, do czego została stworzona; to, że niektóre mają nieco węższy zakres zastosowania nie oznacza, że można sobie je odpuścić. Polakom często wydaje się, że to, że język polski jest taki logiczny i prosty, ponieważ potrafią się nim posługiwać nie znając go od strony teoretycznej. Jako osoba znająca nasz piękny język od tej strony zapewniam, że logiki nie ma się co tu doszukiwać. Tutaj teoretycznie mówię tylko o języku angielskim, ale pewnie każdy z Was zastanawiał się kiedyś, po co uczy się tego czy innego zagadnienia. Dla siebie, kochaneczki, dla siebie.

Wyjazd za granicę to gwarancja opanowania języka.

Gdyby tak było, aktualnie wszyscy świetnie znaliby różne języki i szkoły językowe by upadły. Możecie mi wierzyć bądź nie, ale moi uczniowie to w większości osoby mieszkające już wiele lat w Wielkiej Brytanii, ale i nie tylko. Pewnie, że zmiana otoczenia na takie, w którym mówi się żywym językiem angielskim, to dodatkowy bodziec do nauki, ale nic nie gwarantuje nauki języka – jedynie własna motywacja, sumienność i praktyka pod okiem (tudzież uchem) profesjonalisty, czyli osoby z wykształceniem kierunkowym, bo… a o tym poniżej.

Nauczyciel jest niepotrzebny, bo można nauczyć się języka samemu.

Bez dwóch zdań zapał jest niezbędny w nauce, ale trzeba wiedzieć, gdzie można sobie życie ułatwić, a jak można je skutecznie utrudnić i zbrzydzić. O ile generalnie nauka słownictwa to głównie nauka na pamięć, to i tak bardzo często wymaga konsultacji z osobą, która biegle zna dany język. Gramatyka to już w ogóle inna bajka, ponieważ to inny sposób myślenia, patrzenia na świat, postrzegania otaczającej nas rzeczywistości. Nawet my, lingwiści, uczymy się języków obcych z nauczycielami, choć wiele kwestii teoretycznych mamy już opanowanych. Doświadczenia jednak teoria nie zastąpi – i odwrotnie. Nauczyciel jest od postawienia diagnozy i korygowania jest w trakcie trwania nauki, a sama diagnoza nie jest wydarzeniem jednorazowym. Sytuacja analogiczna jest u lekarza; niekiedy od razu wiadomo, co się dzieje, a niekiedy potrzeba więcej czasu, kilka prób i błędów, by dotrzeć do sedna problemu. W skuteczności nauki dużą rolę odgrywa zaufanie do nauczyciela, którego czasami brak. Warto więc pamiętać, że na ogół nie uczymy od wczoraj, wielu z nas posiada wieloletnie doświadczenie i znamy więcej niż jeden język obcy. Wiemy, jak się efektywnie uczyć języków obcych. Nikomu krzywdy nie zrobimy i gwarantujemy rozwój, jeśli tylko uczeń da się nam poprowadzić i, co wcale nie jest zawsze dla uczniów tak oczywiste, będzie się uczył. My się za nikogo niczego nie nauczymy, ale zrobimy wszystko, by Wam pomóc w opanowaniu wybranego języka. Z nauczycielem zwyczajnie prościej i szybciej osiągniecie wymarzony poziom.

Lepiej uczyć się z native speakerem niż z polskim nauczycielem.

Jeśli czyimś największym atutem jest sam akt urodzenia, to wiele to mówi o takiej osobie. Niestety, na takiej opinii bazuje wiele szkół językowych, które chwalą się, że uczy u nich rodzimy użytkownik danego języka. Oczywiście, native speaker będzie miał najpewniej perfekcyjną wymowę i może być dobrym rozwiązaniem, ale jeśli już jesteście na poziomie C1/C2 i chcecie mówić tym samym dialektem co on. Wszystkim innym potrzebny jest ktoś, kto nie tylko zna język od strony teoretycznej, żeby móc wytłumaczyć nowe zagadnienia, ale i po prostu zna język polski, gdyż niektóre zagadnienia na poziomach niższych niż zaawansowany mogą okazać się niezrozumiałe, gdy tłumaczone w języku angielskim. I tak, native speaker „czuje” swój język; wie, co naturalne, ale nie zawsze wie dlaczego. Czy takie szalenie wyczerpujące wyjaśnienie typu „bo tak mi lepiej brzmi” byłoby dla Was wystarczające? Każdy robi błędy i założenie, że Brytyjczyk ich nie robi jest zwyczajnie bezpodstawne. Ba, nierzadko jest tak, że sumienni uczniowie po kursach językowych nie robią tych wszystkich klasycznych błędów, które robią mieszkańcy danego obszaru językowego.

Podręcznik do nauki jest zbędny.

Podręcznik nie służy jako zbędny gadżet ani na moim, ani na ucznia biurku. Podręcznik wyznacza ramę nauki i tak naprawdę jest głównie dla osoby uczącej się, by mogła zobaczyć, jak idzie nauka, co jeszcze przed nią i by łatwiej wracać do czegoś, co już było, a być może umknęło (bo przecież zawsze coś umyka, to normalne). Ponadto dobre podręczniki do nauki języków obcych tworzone są z poszanowaniem międzynarodowej klasyfikacji poziomów biegłości językowej, przyjętej też przez Radę Europy (od A1, czyli poziomu początkującego, do C2, czyli graniczącego z biegłością na poziomie rodzimym). Każdy poziom określa zakres, w jakim należy opanować umiejętności językowe (mówienie, czytanie, słuchanie i pisanie), żeby móc spokojnie przejść na wyższy poziom. Następnym razem, gdy krzywo spojrzycie na książkę, pomyślcie, że to tak naprawdę Wasz dobry przyjaciel, który cierpliwie pokazuje drogę rozwoju.

Gramatyka nie jest potrzebna, by mówić.

Czy się to komuś podoba, czy nie, gramatyka to esencja języka. To dzięki niej wiemy, jak tworzyć wyrazy i budować zdania. Bez gramatyki nie ma nauki języka i jeśli naprawdę komuś zależy na opanowaniu języka, musi się z tym pogodzić. Nie mówię, że gramatyka jest najważniejsza, bo w nauce języka każdy element jest równie ważny. Sama gramatyka nic człowiekowi nie da jak i samo słownictwo w niczym nie pomoże. Tu chodzi o zmianę myślenia: gramatyka nie jest po to, by utrudniać życie, ale by je właśnie ułatwiać. Często praktykowane porównywanie procesu nauki przez dzieci (i nawet niemowlaki) z tym, jak uczą się języków dorośli, to w najlepszym wypadku nieporozumienia, a w najgorszym próba naciągnięcia na „cudowny” kurs. Choć może i niemowlaki nie uczą się gramatyki z książek, nie oznacza to, że nie uczą się jej wcale. Uczą się, ale inaczej; tak, jak żaden dorosły nigdy nie będzie się uczył, bo fizycznie nie ma możliwości. Zresztą dorośli nawet gdyby mogli, to by nie chcieli uczyć się języka jak dzieci, no chyba że komuś wystarczy zasób słów trzylatka oraz umiejętność budowania niesamowicie rozbudowanych zdań typu „mama jeść” lub „tata siku” już po trzech latach nauki. Bo oto, jak się uczą dzieci.

Najnowsze metody są lepsze od starszych metod.

Ten mit nawiązuje do poprzedniego punktu. O ile nowinki ze świata metodyki i metodologii są ciekawostkami, z którymi warto być na bieżąco, o tyle pamiętajcie, że lingwistyka to nie jest nauka gorąca i tutaj nie ma wielkich przełomów jak w fizyce, chemii czy medycynie. Zawsze swoich uczniów zachęcam do zapoznawania się z różnymi materiałami, strategiami i metodami uczenia się języka angielskiego, bo najlepiej przekonywać się na własnym doświadczeniu, przy czym każdemu służę profesjonalną radą, jeśli tylko ktoś chce zasięgnąć obiektywnej opinii.

Brak widocznych postępów to sygnał, że nauka idzie złym torem.

Pomijając sytuację, w której ktoś faktycznie się nie uczy, to brak widocznych efektów może wynikać z… coraz wyższego zaawansowania. Paradoksalne tylko na pierwszy rzut oka, ale nauczyciel jest właśnie od tego, by rzucić okiem po raz wtóry. Wszyscy, którzy dotarli do mistycznego poziomu średnio zaawansowanego (intermediate) chóralnie wręcz sygnalizują, że przestają się rozwijać. Z jednej strony jest to bardzo wdzięczny poziom, na którym uczniowie nabierają coraz większej pewności siebie i wiary we własne umiejętności, ale z drugiej strony paskudna magia tego poziomu sprawia, że nagle niemal z dnia na dzień postęp jakby zanikał. Chodzi o to, że duża dawka gramatyki została już poznana i odtąd coraz mniej będzie przełomowych momentów, których pełno na poziomach niższych. Podobnie jest ze słownictwem: zasób słów powinien być już na tyle bogaty, że teraz nauka coraz bardziej będzie przypominać poszerzanie i szlifowanie, a nie ciosanie. Testy sprawdzające wiadomości, do których niektórzy czują awersję, pomagają: nie dość, że pozwalają na aktywną powtórkę materiału, to jeszcze na bieżąco sprawdzają zdobywaną wiedzę i wskazują, czy należy do czegoś wrócić, oraz jak wygląda postęp. Cyferkami, a przecież w dzisiejszych czasach tak wszyscy lubią cyferki, prawda?

Tak, mity są przyjemne do posłuchania lub poczytania, ale jeśli dotyczą spraw, które mają realny wpływ na nasze życie, należy się z nimi rzetelnie rozprawiać. Kogo zainteresował ten temat, tego zapraszam jeszcze do lektury artykułu Mity o biegłości językowej.

Jeśli miałbym w jednym zdaniu zamknąć to, co chciałbym Wam przekazać, to poradziłbym, by uczyć się sumiennie, być cierpliwym i ufać nauczycielowi. Przytoczony przeze mnie na wstępnie cytat niech będzie przesłaniem, które warto sobie wziąć do serca. Zachęcam do krytycznego, obiektywnego spojrzenia na świat. Może akurat odkryjecie coś wartościowego, co pozytywnie zmieni Wasze myślenie, postawy i nawyki? W ostateczności nauka dowolnej nowej umiejętności sprowadza się do nauki nowego nawyku.

36 comments on “Mity o nauce języka obcego
  1. Muszę nie zgodzić się z jednym co tu napisano odnośnie mitu
    „Najnowsze metody są lepsze od starszych metod.”
    Jako dziecko uczono mnie j. niemieckiego. To były lata 80. i metody jakie wtedy stosowano kompletnie do mnie nie trafiały. Szare, smutne książki, brak kontaktu z żywym językiem, brak spójności i ciągłe gnębienie za popełniane błędy gramatyczne. Jako nastolatka rzuciłam tym językiem w diabły, tak naprawdę niewiele go umiejąc pomimo już kilku lat nauki. Teraz mam lat .. hmm… nieco więcej ;) i właśnie wracam do nauki niemieckiego. Metody i możliwości nieporównywalne! Efekty szybsze i bardziej motywujące. Jedno tylko co przyznam, że zachowałam wszystkie stare podręczniki i wracam do nich czasami, choć nadal ich nie lubię.
    Nowe metody i nowe możliwości są znacznie bardziej atrakcyjne dla ucznia niż te z lat dawnych.

    • Rozumiem, że Tobie chodzi bardziej o nowe narzędzia, a nie metody, bo owszem, współczesna rozwój technologii sprawił, że inaczej oraz na więcej sposobów można się uczyć języków obcych. Metodyka jednak jako ukierunkowanie na analizę celu czy treści aż tak się nie zmienia.

  2. Powoli zabieram się do zmiany mojej (kiepskiej) szkoły językowej i stąd moje pytanie – jakie kwalifikacje powinien posiadać native speaker żeby nauka z nim była efektywna? Ważne jest tylko wykształcenie, a może i narodowość? Od noszę wrażenie, że w „mojej” szkole zatrudniają kogo popadnie (np. ex-kucharz z UK, pani domu po rozwodzie z USA, kilka osób z Nigerii o bliżej nieokreślonym wykształceniu). Według kierownictwa szkoły podobno takie są standardy na polskim rynku, native to native, i do uczenia metodą komunikatywną nawet tacy wystarczą. Mam pewne watpliwości, no ale co ja tam wiem o nauczaniu…

    • Standard? Absolutnie nie, chyba że mowa o placówce, dla której liczy się tylko zarobek, a nie to, czy klienci coś się nauczą. Stwierdzenie, że „native to native” to jak powiedzieć „lekarz to lekarz”, ale raczej nie pójdziemy do weterynarza, gdy mamy problem z nogą. To kompletne niezrozumienie sensu nauki. Owszem, metoda komunikatywna polega ona na tym, by uczeń mówił jak najwięcej, ale błędy trzeba i poprawiać, i tłumaczyć. Niepoprawiane będą stale powtarzane, przez co z czasem będzie je coraz trudniej usunąć, a nietłumaczone nie będą zrozumiane, co z kolei będzie skutkować niepewnością w używaniu języka.

      Ważne jest kierunkowe wykształcenie, bo to, że ktoś mówi pewnie, nie oznacza, że mówi poprawnie. Narodowość raczej nie jest istotna, chyba że zależy Ci na konkretnej odmianie języka.

      Jeśli więc chodzi o to, czym się kierować podczas wyboru szkoły czy nauczyciela, to warto zwrócić uwagę na kwalifikacje. Im ktoś ma lepsze wykształcenie i bogatsze doświadczenie, tym cenniejsze są jego usługi. Jak to się po angielsku mówi: „if you pay peanuts, you get monkeys”.

      • Czyli szkoła, która niczym niepodległości, broni informacji na temat wykształcenia zatrudnianych lektorów nie jest dobrą szkołą?
        Na konkretnej odmianie języka mi zależ o tyle, że w przyszłym roku planuję zdawać CAE i raczej wątpię, czy do tego egzaminu przygotuje mnie dwudziestokilkuletni gość z Nigerii, który z UK ma tyle wspólnego, że mówi po angielsku…

        • Zależy w jakim sensie broni, ale z tego, co piszesz, wynika, że raczej broni ich braku wykształcenia…

          Natomiast co do CAE to w ogóle zapomnij tylko o metodzie konwersacyjnej. To certyfikat, a oficjalne egzaminy z definicji wymagają bardzo konkretnego, specyficznego podejścia. Pamiętaj, że w nauce to Ty stawiasz sobie cele, więc jeśli to akurat na certyfikacie Ci zależy, powinieneś poszukać kogoś, kto będzie Ci pomagał w nauce właśnie pod tym kątem. Tu po prostu bez kierunkowego wykształcenia ani rusz, a to, że ktoś jest native speakerem, niezbyt pomoże Ci osiągnąć najlepszy wynik.

  3. Jeszcze jedno, tak mi się nasunęło:
    „Nobla i buziaczka w pysiaczka temu, kto…” – How is that in English? Is there any idiom for that? How would you translate it?

  4. Jako że jest to post o nauce języka, to chciałbym zapytać: z jakich źródeł korzystać, żeby podszlifować słownictwo specjalistyczne? Czy tylko ze słowników specjalistycznych?

  5. My favourite mith is „you don’t need grammar to know language” for sure, but I would like to comment on „you don’t need a teacher”.
    I don’t think that learning a language without a teacher exists at all. I’d say that even an author of a textbook can be considered as your teacher. There are keys to exercises, so it’s like a virtual teacher gives you the answers. Or that virtual teacher asks your to repeat after him if you have an audio CD or watch lessons on youtube.
    Real teachers in schools don’t pay more attention to students than that virtual one does. And even if you only watch films and try to copy the accent, those actors are your teachers cause they unintentionally teach you something.
    Hope my point makes sense.

    • Yes, your point does make sense, but I can’t agree, and the reason’s simple: language acquisition is not a passive, one-way road focused on mere reception. It’s an active, two-way process. No book, no movie can replace practise or communication with a living human being because grammar’s not about learning things by heart. Quite the opposite!

      Grammar’s all about learning a new way of thinking, a new perspective through which we can see and understand the world around us. Answerkeys in books give us answers, but those answers are not the only possible versions (not with tenses, not with conditionals, and definitely not with articles). So if a teacher just gives answers to his or her students without providing them with any explanation of their mistakes, the students won’t learn as much and fast as they actually could. Teachers don’t make you only repeat properly pronunced words; we also explain how to produce new sounds because languages differ in places of articularion, manner of articulation, and articulators themselves.

      But yes, you may try to learn a language without a teacher, and you may be even happy with your progress, but imagine how better organised and planned (and simply faster!) learning process could be with a teacher. Learning alone is better than nothing, no doubt, but it’s never going to be as efficient as active practise. Put simply, learning a language is about feedback, which only a professional can provide.

      • Hmm… I cannot agree with you either.

        I can always ask someone or google if I have a mistake and I can’t understand why something is wrong at all.

        You can communicate with human being – with yourself. Talking to themselves works even better for some people than talking to native speakers or teachers who are not as talanted as those ones you’ve decribed (who pay atterntion to all those things – I haven’t met many of them).

        I think that textbooks and your will to learn can substitute any teacher. Learning is all about pleasure, and you don’t need a teacher to get this pleasure.

        Maybe I’m aspie too much, and my approach to learning isn’t really correct and supported by any methodologies, but this woman has the same attitude. I was surprised when I heard about all the things I’d been doing in her videos. You can check them:
        http://www.youtube.com/watch?v=HfkPk92l5oA
        http://www.youtube.com/watch?v=508wFMG9ZP4

        And again, she is also a teacher at some point :)

        • Ah, so are you talking about learning a language for pleasure only? That way you don’t even need books and after 10 years be still at the same level. However, I don’t think most people can afford such long-term ‚pleasures’. ;) I was talking rather about learning a language to be able to actually use it. Fun’s included, no doubt, but no pain, no gain – and a little pain goes a long way.

          I know her. She makes some interesting points in some of her videos, but I still don’t agree for the simplest of reasons. Firstly, you cannot have a real-life, spontaneous discussion with yourself. When you don’t open yourself up to other people, you shut yourself out. Secondly, the same applies to books: no book can substitute a living person. You may not agree, but it won’t make it any less true.

          Everyone’s entitled to their opinion. It’s not bad if it’s your choice (actually it’s your priviledge to follow your own path), but it’s wise to be at least aware of the limitations of a given approach. Yours just not as efficient as it could be, but if you’re fine with it, carry on. As you said, your learning is not supported by any methodology, and my teaching (and learning as well) is, so our perspectives are bound to be all but the same.

          • I was writing a long message again but decided there’s no point, You should be right if you talk about it with such great confidence.
            I’ll write it in short. IMHO: life is all about pleasure; languages isn’t only used to communcate in such discussions. And i don’t like real-life discussions at all so that’s why I don’t think I need a teacher.

            • And there you have it – the source of your approach. :) I may want to become a surgeon, but if I can’t make myself work with blood, I’ll never become one. I still may find joy in studying the topic, but I’m not going to get a chance to be a real pro.

              To sum up, one’s approach should match their needs and expectations. If you’re happy where you are with you language skills, then that’s all that matters. :)

              • You may not become a surgeon but be an expert in this field and even become a teacher)

                I was happy before this discussion. Now I’m not sure if I’m right. Maybe I could be better indeed

                P.S.: btw I have an english teacher. But I learnt Polish by myself. It was quiicker and more fun. So that’s why I decided my ‚methodology’ is ok

                • I might, but that’s not my goal. If I want to be a surgeon, I should do what it takes to become one, and that’s what standarised methods are for.

                  Truth be told, it’s good you’ve started to question your methodology. Change occurs outside our comfort zones, so question whatever you can to reveal the unquestionable.

  6. Z tą nauka języka samemu…ja myślę, ze jest to możliwe. Szczególnie jak korzysta się dobrze przygotowanego kursu. a zwłaszcza jeśli uczy się na poziomie podstawowym. Moim zdaniem nauczyciel chyba najbardziej jest potrzebny na takim poziomie B1-B2, pewnie też wyżej. No ja teraz od początku zacząłem uczyć się francuskiego i w sumie na razie nie czuje potrzeby kontaktu z nauczycielem…może w późniejszym okresie.Przerabiam po kolei kolejne ;lekcje metodą Emila Krebsa i na razie jak najbardziej mi odpowiada :)

    • Uczysz się języka francuskiego bez nauczyciela? Musisz być świetny w łączeniach międzywyrazowych (nie tylko liaison, ale i enchaînement), dopełnienia bliższe i dalsze nie sprawiają Ci problemu, o trybie łączącym nie wspominając. :)

      Każdy ma prawo do własnego zdania, ale ja wyrażam swoją profesjonalną opinię, za którą stoi zaplecze i teoretyczne, i praktyczne.

      Metoda Krebsa – podobnie jak i inne „cudowne” nowinki – jest pozbawionym metodologicznych podstaw dziwactwem, które ma na celu wyłudzenie pieniędzy od wierzących w to, że języka można się nauczyć szybko, bez gramatyki i wysiłku. Nauka tą metodą skutkuje tym, że ludzie uczą się jedynie konkretnych wzorów pytań i odpowiedzi, a nie uczą się myśleć w języku obcym. Podobny rdzeń ma metoda Callana, Cerana czy 5S, przy których ludzie rezygnują maksymalnie po roku „nauki”. Problem w tym, że szkody, jakie te metody wyrządzają, bardzo trudno naprawić.

      W skrócie i na chłopski rozum: w jaki sposób można opanować język, by się posługiwać nim w dowolnej sytuacji, jeśli człowiek uczy się gotowych zdań? Właśnie na tym polegają wspomniane kretyństwa i im podobne; na nauce całych gotowych zdań, które mają się nijak do użycia języka w prawdziwym życiu.

      Swoją drogą, nikt w świecie profesjonalnych lingwistów nie słyszał o rzekomym geniuszu Emilu Krebsie. Strona wychwalająca jego metodę działa od 1999 roku i informuje, że metoda była doskonalona od 40 lat (czyli od 1959 roku), co wydaje się co najmniej podejrzane, gdyż Krebs zmarł w 1930 roku. Poza tym świetna jest metoda, która gwarantuje zadowolenie, ale zastrzega, że nie można zwrócić towaru. Nie ma jak gwarancja bez pokrycia prosto z Seszeli!

  7. Ja nigdy nie byłem orłem z angielskiego dlatego postanowiłem zapisać się na kurs. zmobilizowałem się, teraz władam sprawnie językiem. Jeśli chcemy to wszystkiego można się nauczyć!

  8. No ja właśnie myślałem, że nie mam talentu, całe liceum nie radziłem sobie z angielskim, niby próbowałem się podciągnąć z ocenami ale po prostu NIE robiłem tego DLA SIEBIE. W sumie na lektoracie na studiach zaczął mi się ten język podobać i teraz na nowy semestr szukam sobie jakiejś szkoły, bo bycie samoukiem idzie mi opornie no i jak piszesz, nauczyciel się przydaje :D Znalazłem sporo szkół tylko nie wiem czy kierować się ceną? Metodą?

    • Właśnie: jedynym predykatem sukcesu jest własne zaangażowanie i motywacja, chęć nauki. To nawet istotniejsze od wszystkich metod, technik i strategii!

      Jeśli chodzi o wybór szkoły bądź nauczyciela, to jest to bardzo indywidualne i nie ma jednego klucza, którego zastosowanie otworzy drzwi do wiedzy. Cena – szczególnie niska – dałaby mi do myślenia. Studia językowe są ciężkie i do tanich nie należą, a zdobyta wiedza jest praktyczna. Z drugiej strony niektórych ciągnie do nowinek na rynku, ale nierzadko trudno ocenić skuteczność danego podejścia bez zaplecza teoretycznego z metodyki i metodologii. Inni natomiast zasięgają opinii o szkole bądź nauczycielu u znajomych. Niestety, ale nie podpowiem, co należy zrobić. To trochę jak z wyborem lekarza. ;)

  9. Dzień dobry. Własnie wpadłem na Pana blog i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobał. Jestem na 1 roku filologii angielskiej i mam problem z użyciem it/this/that w zdaniach. Szczególnie, gdy trzeba coś pisać. Czy mógłby Pan napisać tekst w wolnym czasie kiedy powinno się ich używać? Czy mógłby mi Pan polecić jakieś książki do gramatyki, gdzie mogę coś o tym znaleźć? Przyznam się, że już mnie to zadręcza. Szukałem w internecie, ale znalazłem tylko podstawowe rzeczy o this/that, że coś jest bliżej dalej, ale nie o to mi chodzi, oraz, że that używamy, by pokazać zdziwienie, niedowierzanie, itd. Ale to ciągle za mało ;( Często jak piszę eseje, to nie wiem czy mam użyć it czy this czy that. Byłym strasznie wdzięczny za pomoc.

    • Dziękuję! Faktycznie, zaimki wskazujące mogą sprawiać problem szczególnie przy dystansowaniu, a poza tym są dość wrażliwe na kontekst. Temat wezmę pod uwagę i być może doczeka się opracowania, a tymczasem odsyłam do podręczników Vince’a, Evans, Walker-Elswortha lub polskich autorów: Mataska i Siudy. :)

  10. To wszystko prawda! :) Trzeba ćwiczyć szare komórki, a nie narzekać na to, że się jest za starym na naukę, albo nie ma się talentu.
    Zastanawia mnie czy fakt, że im więcej się uczymy tym niższy poziom rozwoju odczuwamy- ma jakąś nazwę w psychologii?

    • Otóż to – to nie są cuda, ale jak wszystko wymaga czasu i cierpliwości, by poznać teorię, na której można zbudować praktykę.

      Hmm… co do drugiej części komentarza to trudno mi się odnieść, bo nie kojarzę, by było to jakieś osobne zagadnienie. Jest to raczej kwestia polegająca na poszerzaniu horyzontów. Początki zawsze są dlatego trudne, ponieważ wkraczamy na całkiem nowy teren, gdzie wszystko jest nowe gdziekolwiek spojrzymy, ale z czasem i praktyką wiemy więcej i teoretycznie mniej jest do odkrycia. Teoretycznie, bo człowiek uczy się całe życie – języka nie wykluczając.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>