Czy można nauczyć się języka obcego w 10 dni?

Ostatnio kilkoro moich uczniów zapytało mnie odnośnie dwóch metod nauki języka angielskiego: sławnej już metody Callana i mniej znanej metody, której nazwę chciałem pominąć, bo jest tak kretyńska, że nie zasługuje na reklamę, no ale rzeczy należy nazywać po imieniu, więc mowa o metodzie 5S. Rozpocznę od szybkiego starcia na miazgę metody Callana, a później przejdę do metody 5S, według które rzekomo możliwe jest nauczenie się dowolnego języka w nawet 10 dni bez nauki gramatyki i słówek.

Najsampierw rzucę takie pytanie: co jest najpewniejszym wskaźnikiem sukcesu względem nauki czegokolwiek? Nie metoda, nie narzędzia i nie strategie. Wytrwałość, za którą kryje się motywacja wewnętrzna. Jeśli planujecie się czegokolwiek uczyć, ale nie macie motywacji wewnętrznej, to wszystkie metody świata okażą się nieskuteczne. Motywacja działa od wewnątrz, metody od zewnątrz. Muru, który sami sobie stawiacie, nie przebije nic, ale jeśli pozbawicie się własnych ograniczeń, jeśli naprawdę chcecie się czegoś nauczyć, to będziecie garściami czerpać z tego, co Wam do głowy wpadnie. Będziecie aktywnie szukać, a nie biernie odbierać, a to spora część sukcesu! Nie wiecie, jak się motywować i jak sobie jednocześnie ułatwiać naukę każdego dnia? O tym przeczytacie w artykułach Automotywacja do nauki języków obcych w 7 krokach oraz 7 wskazówek, jak szybciej uczyć się języków.

Wracając do tematu, nie będę rozwodził się nad konkretami w metodzie Callana, bo można je znaleźć we wszystkich internetach, ale z grubsza polega na tym, że bombarduje się ucznia pytaniami, na które ma automatycznie odpowiadać, a gdy zrobi on błąd, od razu się go poprawia. Niby brzmi fajnie, ale jak się nad tym chwilę zastanowić, czerwona lampka w głowie powinna wypalić Wam oczy.

Automatyzm poniekąd jest pożądany, by nie zastanawiać się godzinę, czy November to na pewno „listopad” lub twelve to „dwanaście”, ale język to twór żywy i skoro życie nie mija utartym schematem, by automatycznie reagować względem konkretnych bodźców, to skąd pomysł, że z językiem jest inaczej? Życie to nie skrypt do wyrycia, a konwersacja to nie aktorski dialog z ograniczoną możliwością tworzenia zdań. Trzeba myśleć. Na początku może bardziej niż później, gdy pojawia się instynktowne użycie języka, ale nigdy nie należy oddzielać myślenia od nauki. Inaczej mamy do czynienia z praniem mózgu. Czemu trzeba myśleć? Bo dynamiczny kontekst to zmienna wpływająca na język (nieco więcej o kontekście we wpisie Nauka słownicta a kontekst wypowiedzi).

Ogromny sprzeciw natury metodologicznej wzbudza u mnie przerywanie uczniowi w trakcie jego wypowiedzi. Po co, na co to komu?! Chyba tylko po to, by się uczeń zamknął w sobie i zrezygnował z nauki po tygodniu! Błędy trzeba poprawiać, to jasne, ale trzeba robić to umiejętnie. Rozmowa to w większości przypadków nie operacja na otwartym mózgu, więc błędy raczej nie odniosą skutku śmiertelnego (pomijam sytuację tłumaczenia symultanicznego, ale nie o tym tu mowa, oczywizda). Być może nic wielkiego się nie stanie, gdy przerwę uczniowi w połowie czterowyrazowego zdania, ale co w momencie, gdyby w mowie zależnej przytaczał mi czyjeś słowa z zastosowaniem strony biernej w czasie Future Perfect Continuous? Przecież może zwyczajnie zapomnieć, co chciał powiedzieć, a to kompletnie rozwala komunikację i założenia nauki.

Przyznam, że metoda ta może pomóc w przełamaniu bariery językowej, jeśli ktoś ma opory natury psychologicznej w mówieniu. Może być też przydatna na podstawowych poziomach nauki, ale jeśli ktoś już włada językiem na poziomie B1-B2, to nie widzę, w jaki sposób miałby dalej się rozwijać, stosując szablony zdań. Metoda ta jest zwyczajnie nudna i monotonna, więc nic dziwnego, że najczęściej ludzie rezygnują z nauki po maksymalnie roku. Szkoda tylko, że przez braki metody rezygnują na ogół z nauki jako takiej i odchodzą z negatywnymi myślami, że to z nimi coś jest nie tak. Tymczasem problem nie leży w ludziach, a w metodzie właśnie.

Przejdźmy teraz do „cudownej” metody mającej rzekomo pozwolić nam opanować dowolny język na poziomie komunikatywnym w ciągu 10 dni. Przede wszystkim co znaczy poziom komunikatywny? Że komunikatywnie będę w stanie kupić sobie bułę w sklepie? Fajnie, ale do tego wystarczy mi darmowy słownik z antykwariatu, a nie kurs za kilkaset złotych. A może poziom komunikatywny to taki, na którym będę w stanie ze szczegółami opisać historię chorób swej rodziny do trzech pokoleń wstecz? Niestety nie wiadomo, bo autor nie pokwapił się sprecyzować, cóż znaczy ten tajemniczy „poziom komunikatywny”.

Na czym jednak polega owa metoda? Na „odczuwaniu” języka niczym rodowity Anglik, Francuz czy Niemiec, chociaż nie tylko tych języków można się uczyć z tą metodą. Autor twierdzi, że metoda jest świetna do nauki niemal dowolnego języka. No cudom nie ma końca, światowe systemy edukacji zaraz się rozsypią, a Nobel wędruje do… dupy. Bo z niej są wyjęte dalsze wskazówki co do nauki.

Tak więc po wykupieniu pakietu kursanci otrzymują zdania. Mnóstwo zdań. Zdania te mają sobie powtarzać w kółko, aż zaczną je „odczuwać”. Czucie w ogóle w tej metodzie jest słowem-kluczem, ale jakimś takim wyszlifowanym i bez ząbków, bo nigdzie ten klucz nie pasuje. Poza dupą, rzecz jasna. Czucie jest najważniejsze, a nie jakieś tam durne gramatyki czy słownictwo. Czucie to priorytet, który ma pociągać za sobą resztę.

No ale co jeszcze składa się na język, jeśli nie gramatyka i słownictwo? Na to pytanie autor metody też nie odpowiada, bo odpowiedzi pewnie zwyczajnie nie ma. Przypomina mi to obronę psychoanalizy przez Freuda, który stwierdził, że „to musi działać, bo on tak czuje”. Najwyraźniej nie tylko w nauce języka czucie ma mieć kluczowe znaczenie… Jako lektor z doświadczeniem (i człowiek z olejem w głowie) wyręczę autora w odpowiedzi na postawione przeze mnie pytanie: język to gramatyka, w której zanurzone jest słownictwo. Jedno bez drugiego nie istnieje, a jeśli z równania zabierzemy oba czynniki, nie pozostanie nic poza uczuciami, którymi niemożliwe jest komunikować się z innymi ludźmi, czyli wychodząc poza własny umysł.

Co ciekawe, autor krytykuje tradycyjne metody, zadając niby retoryczne pytania. Pyta zatem, czy ktokolwiek widział kiedyś niemowlaka, który by siedział z książką do gramatyki i uczył się języka. Zauważa, że nie tak dzieci uczą się języka, że im książki są niepotrzebne. Sugeruje, że dorosłym gramatyka też jest niepotrzebna. Pominę błąd logiczny, bo z definicji słownika języka polskiego gramatyka to najogólniej system danego języka, a zatem jeśli ktoś chce się uczyć języka bez gramatyki, to jest to równoznaczne z chęcią uczenia się języka bez języka. Autor metody popełnia jednak inny błąd. Popełnia lub rozmyślnie wprowadza potencjalnych kursantów w błąd, a to już etycznie wątpliwe tym bardziej, że kurs nie jest darmowy. Owszem, dzieci nie uczą się gramatyki z książek, ale nadużyciem jest stwierdzeniem, że dzieci nie uczą się gramatyki wcale. Uczą się, ale inaczej niż dorośli. Nie wdając się w psycholingwistyczne szczegóły, to w przypadku dzieci zanim zaczną one korzystać z języka, są zanurzone w nim 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu przez 365 dni w roku. Są wręcz zalewane bodźcami językowymi, które dopiero – dopiero! – po około 2 latach zaczynają organizować we w miarę spójną całość (to też już uproszczenie z mojej strony, gdyż ontogeneza, czyli rozwój osobniczy jest bardzo indywidualny i niekiedy przesunięty nawet o pół roku, ale to nie czas i miejsce na wykład z rozwoju w cyklu życia). Ba, już płody osłuchują się z językiem ojczystym od około 3 miesiąca od poczęcia! Tego żaden dorosły nie przebije, więc porównywanie procesu przyswajania języka przez niemowlaka z nauką języka przez dorosłego to przynajmniej nieporozumienie.

Dzieci przyswajają język, bo są w nim zanurzone, ale mimo to zajmuje im to kilka lat, by zacząć tworzyć proste (by nie powiedzieć prymitywne) zdania. Dzieci nie porównują przyswajanych informacji do niczego, bo nie mają na tym polu żadnego doświadczenia. To im niesamowicie ułatwia naukę. Problemem dorosłych jest bowiem to, że gdy uczą się języka obcego, niemal podświadomie szukają ekwiwalentów danych jednostek lingwistycznych we własnym języku, co z góry skazane jest na porażkę (więcej możecie przeczytać o tym w tekście Jak nie uczyć się języka obcego). Dorośli chcą tłumaczyć wyrazy i zdania, a tłumaczy się nie wypowiedzi, a ich sens (poza tym należy oddzielić naukę translatoryki od nauki języka).

Na ogół faktycznie ludzie widzą tylko jeden moment, w którym nagle z zaślinionych ust malucha padnie „baba nieee” czy inny „wuj”. To tylko chwila, ale poprzedzona szalenie intensywnymi zmianami ze strony mózgu. Czy dorosły może sobie pozwolić fizycznie i czasowo na takie zanurzenie w języku? Nie. Poza tym dorosłych nie interesuje raczej nauka języka, by powiedzieć „mama, daj jeść” czy „ziaziu w paluszek”… no chyba że to jest ten poziom komunikatywny, to wtedy wszystko ma sens w paradygmacie owej metody! Jeśli jednak nie, to bądźmy poważni i nie porównujmy czegoś, czego porównywać się nie da. Ostatecznie kura, pingwin i wróbel to ptaki, ale chyba jasne jest, kto by wygrał w konkursie na trzy okrążenia lotem wokół boiska…

Czy zatem możliwe jest – po prostu, fizycznie – by w ciągu 10 dni opanować język na domyślnym poziomie komunikatywnym, o którym każdy może mieć jakieś mniej lub bardziej mgliste pojęcie? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie, a jeszcze lepiej wypróbujcie na sobie, jeśli mi nie wierzycie. Swoją drogą zawsze zachęcam ludzi do samodzielnego myślenia i podważania wszystkiego na lewo i prawo, bo tylko wtedy w gąszczu fałszu pojawi się to, co niepodważalne.

Krytykowane przeze mnie metody mają wspólny rdzeń: ćwiczeń behawioralnych. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym całkowicie odmówił sensu podobnym aktywnościom, tym bardziej że blogaska czytają moi uczniowie i wiedzą, że sam je stosuję i polecam, ale tylko pod pewnymi warunkami i pod moją ścisłą kontrolą: jedynie w przypadku konstrukcji wyjątkowo „opornych”. Technika ta (w żadnym wypadku nic pretendującego do wielkiego miana metody!) pozwala zbombardować mózg czymś, czego mózg nie potrafi zdekodować. Bierze się go wtedy podstępem, by siłą wryć w niego coś, przed czym się broni. Ćwiczenia takie są jednak niestety żmudne i w żadnym wypadku nie mogą stanowić jądra nauki, bo po dwóch tygodniach można z nudów wyrzygać własne flaki.

Podsumowując, stwierdzenie, że języka można się nauczyć w 10 dni to w najlepszym wypadku nieporozumienie, w najgorszym kłamstwo podszyte chęcią zysku na naiwności i lenistwie innych. Opanowanie języka na jakimkolwiek poziomie rozpoznawalnym na arenie międzynarodowej to mit, ale mitów takich jest dużo więcej. Jeśli chcecie sprawdzić, czy przypadkiem nie kierujecie się nieświadomie wiarą w mity, zerknijcie do dwóch artykulów poświęconych temu zagadnieniu: Mity o nauce języka obcego oraz Mity o biegłości językowej. Warto rozprawić się z tym, co nieprawdziwe i nieprzystosowawcze, bo tylko wtedy dojdziemy do tego, co skuteczne.

25 comments on “Czy można nauczyć się języka obcego w 10 dni?
  1. Rzetelny wpis, który poza konstruktywną krytyką dwóch wymienionych powyżej metod, pokazuje również błędne myślenie wielu osób w kwestii nauki języków obcych.

    Nie brakuje bowiem osób, które są święcie przekonane, że gramatyka w języku obcym jest niepotrzebna, a nauka może być szybka, efektywna i bez wysiłku. Uwielbiam osoby początkujące, które nie chcą uczyć się gramatyki, słownictwa to tylko tak trochę, żeby się za bardzo nie zmęczyć, ale chcą mówić i to najlepiej już na drugich zajęciach! :)

    • Ja do mówienia zachęcam jak najszybciej, także na poziomie podstawowym, niemniej jeśli ktoś ma nierealne wyobrażenie o nauce języka, tłumaczę, że między mówieniem a szeroko rozumianym mówieniem biegłym leży mnóstwo pracy.

      • Budowanie prostych zdań, prowadzenie mini dialogów itd. zaczyna się już od poziomu zerowego, jednak ciężko nazwać tę czynność mówieniem. Tutaj miałam na myśli raczej swobodne mówienie, prowadzenie rozmów na różne tematy itp., do którego od samych podstaw jest jeszcze bardzo daleko.

  2. Czy można nauczyć się języka obcego w 10 dni?

    Można. W końcu 10 zdań w języku obcym do opanowania w ciągu 10 dni to nie jest mission impossible! :D

    Podaję zestaw tych magicznych 10 zdań:
    1. What’s your name?
    2. How old are you?
    3. Where do you live?
    4. Are you married?
    5. Have you got any children?
    6. Do you speak English?
    7. Sorry, I have to go.
    8. Do not smoke here.
    9. Yes, I know your friend.
    10. I know English pretty well.

    Nie wiem czym podać numer konta do wpłat za magiczną metodę czy lepiej, aby autor wykorzystał to w swojej pracy i zbijał majątek? :P

  3. Znam niemiecki i angielski na dobrym poziomie oraz włoski na A1 …:) Z moich doświadczeń wynika, iż najlepsza i najszybsza metoda to poznanie podstawowej gramatyki języka i wyjazd do kraju docelowego aby się osłuchać i i nauczyć wypowiadać. Wtedy powrót i doszlifowanie trudniejszej gramatyki. Wiadomo, że nie wszyscy dysponują czasem czy możliwościami, aby w ten sposób nabyć język ale uważam, że stosując tę metodę to w okresie 2 lat można wypracować bardzo zaawansowany poziom.
    Pozdrawiam

    • Owszem, wyjazd powoduje, że mamy sprzyjające warunki do nauki, ale sam nic nie da.

      Z oczywistych przyczyn pomijam sytuację, w której ktoś celowo stroni od kontaktu z obcokrajowcami i przebywa głównie wśród Polaków. Sam kontakt z Brytyjczykami nie sprawi jednak, że szybko, aktywnie i poprawnie będziemy stosować język angielski. Możemy się osłuchać, przełamać barierę językową, ale nie można liczyć, że ktoś będzie poprawiał nasze błędy. I tu się pojawia duży problem w nauce dorosłych samouków: raz wyuczone błędy trudno wyplenić.

      Sposób nauki powinien być więc dostosowany do indywidualnych potrzeb i możliwości każdego z osobna, dlatego tak ważne jest wyznaczenie sobie realistycznego celu. Niektórym bowiem wystarczy łamany angielski na tzw. poziomie komunikatywnym, a inni muszą mówić poprawnie.

  4. Dostaję białej gorączki,widząc reklamy „naucz się języka w 10 dni” albo „nauka języka bez gramatyki”. Bzdura na bzdurze jedzie i bzdurą pogania. Bardzo słuszny wpis!

  5. Chcialbym sie odniesc do tematu, podajac za przyklad swoja przygode z jezykiem angielskim i nie tylko z tym jezykiem.
    Na poczatku calkowicie sie zgadzam z twierdzeniem, ze dwa czynniki to podstawa, wytrwalosc oraz motywacja, albo odwrotnie.
    Moja motywacja na poczatku bylo to, ze chcialem sie dowiedziec co tak naprawde mowia te dziewczyny z rozkladowek magazynu Playboy na lamach tego czasopisma, to wtedy kiedy bylem nastolatkiem, kiedy przybylo mi lat nauka jezyka angielskiego zaczela byc koniecznoscia, bez znajomosci tego jezyka trudno bylo znalezc jakakolwiek sesowna prace.
    Oczywiscie zawsze sie uczylem tego jezyka poczynajac od przedszkola, niestety przedszkolna nauczycielka angielskiego zostala nia poniewaz miala kartke, ktora ktos jej przyslal z miasta Londyn, na tamte czasy to wystarczylo, szkola pdstawowa tez nie bylo lepiej dopiero na Politechnice pojawily sie schody, nauczycielka (przepraszam nauczyciel akademicki) pomimo swojej niezaprzeczalnej urody i wlosow koloru blond, wymagala znajomosci gramatyki. Wlasciwie dzieki niej zaczely pojawiac sie pytnia odnosnie form gramatycznych dlaczego tak a nie inazczej, moje przekonanie o znajomosci angielskiego, chodzi o to ze niby znalem ten jezyk leglo w gruzach, z litosci i moze dlatego ze afirmowalem jej urode dostalem wymarzone 3.
    Obecnie pracuje z Brytyjczykami, troche mi za nich wstyd, jako ich przelozony mam obowiazek sprawdzac ich raporty, tylu bykow gramatycznych nie popelnialem w szkole co oni w swoich raportach, wstyd pokazac to klientowi, mnie natomiast szkoda czasu na edukowanie Brytyjskiej mlodziezy, nie placa mi za to i sam poprwiam byki jak belfer w szkole.
    Pomimo tego ze przekroczylem juz polwiecze i uzywam angielskiego na codzien, wcale nie uwazam, ze posiadlem znajomosc tego jezyka i juz nie musze sie uczyc, to o tej wytrwalosci, wlasciwie to uczyc sie trzeba cale zycie.

    Pozdrawiam serdecznie

  6. Bardzo dobre podsumowanie. Czy ludzie nabierają się jeszcze na cudowne metody nauki? Nauka języka angielskiego (oraz innych języków obcych) to długi proces. Pojawiają się wzloty i upadki, ale mimo to i tak warto poświęcić czas na intensywną naukę :)

    • Niestety, ale biorąc pod uwagę dostępność informacji, ludzie pewnie sądzą, że z językiem jest podobnie; że da się łatwo i bez wysiłku przeczytać książkę czy wziąć udział w miesięcznym kursie, by biegle opanować język. Tymczasem łatwo i bez wysiłku można sobie co najwyżej w łóżku poleżeć. ;)

    • Nas, nauczycieli, powala z kolei to, że niektórzy naprawdę w to wierzą. Wtedy to my jesteśmy tymi złymi, którzy muszą człowieka na ziemię sprowadzić, a winne są firmy, które żerują na ludzkiej niewiedzy. Szkoda, naprawdę szkoda, bo przez taką chciwość i nierzetelność wiele osób rezygnuje z nauki, gdy orientują, że nie opanowali języka w te 10 dni czy miesiąc, myśląc że to z nimi coś nie tak.

    • Dzięki! Ktoś musi nieść kaganek oświaty, skoro reklamy kłamią i żerują na ludzkich słabościach. Na szczęście wiele osób zachowało zdrowy rozsądek i uczą się zamiast liczyć na cud.

  7. Witam
    Moja córka mimo wielkiej determinacji i motywacji na naukę języka w stopniu ” komunikatywnym ” potrzebowała ponad pół roku i było to bardzo intensywne pół roku nauki. Gdy wyjechała do Niemiec potrzebował miesiąca, by poczuć , że coś rozumie z tego co do niej mówią ….Tak więc myślę, że to nie jest takie hop siup tra la la
    Właśnie przymierzam się do podjęcia nauki języka niemieckiego

    • Często jednak ludzie chcą nauczyć się języka, nie inwestując w proces ani czasu, ani pieniędzy. Ma być łatwo, szybko i przyjemnie, niech lektor się gimnastykuje. Tymczasem efekty zależą w większym stopniu od pracy własnej ucznia, od jego motywacji, bo to on ma się nauczyć, lektor język już zna.

      Dlatego to nam lektorom przypada dość niewdzięczna rola konfrontowania wyobrażeń ludzi o nauce języka z rzeczywistością. Ci, którzy chcą się nauczyć, nauczą się. :)

  8. Czy można się nauczyć języka w 10 dni.. Myślę, że można, a jak ktoś jest zdolny i przysiądzie więcej to i w 6 dni powinno się udać.

    • Myśleć wiele sobie można, ale nauka opiera się na faktach. Poza tym znajomość języka nie ogranicza się do suchej nauki słownictwa bądź gramatyki bez kontekstu; języki obce uczy się również poprzez poznawanie kultury danego kraju bądź regionu językowego ze względu na relację języka i otaczającej nas rzeczywistości, którą poprzez język opisujemy.

      Póki co nie istnieją skuteczne i rzetelne metody opanowania języka na poziomie, uśrednijmy, średnio zaawansowanym w tak krótkim czasie. Mówię o praktycznej znajomości języka, a nie wykuciu na pamięć zwrotów czy zdań. Jeśli istnieją, to z chęcią je poznam!

  9. Bardzo interesujący wpis.
    Muszę zgodzić się, że nie ma metod – cudów. Internet przynosi dużo rewelacji, których działanie jest wątpliwe, a kosztuje krocie. To jest raczej wyciąganie od ludzi pieniędzy. Trzeba mieć w sobie dużo wytrwałości i przede wszystkim motywacji, by nauczyć się języka obcego, ale to trwa pewien okres czasu.
    Pozdrawiam.

    • Prawda. Nic nie przychodzi z dnia na dzień, na wszystko trzeba pracować. Jeden z ważniejszych warunków, jakie poznałem w pracy na oddziale psychiatrycznym – ile włożysz we własną terapię, tyle z niej wyciągniesz – sprawdza się także w nauce języka obcego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>